Protekcja
Właściciel kantonu, w którym pan Ewaryst Winkiewicz od trzech lat pracował, uciekł z pieniędzmi klijentów za granicę i wskutek tego Winkiewicz znalazł się najniespodziewaniej w świecie bez posady. Gorączkowo musiał więc szukać jakiegokolwiek zajęcia, żeby mieć z czego żyć. Było to zadanie niełatwe, gdyż nie posiadał wpływowych stosunków i nie mógł liczyć na niczyje poparcie. Dał ogłoszenie do pisma, przedstawiając się społeczeństwu, jako "młody człowiek z dwoma językami i pięknym wyrobionym charakterem, także na maszynie" i przez pewien czas zgłaszał się codziennie do kantoru administracji ze stereotypowem zapytaniem, czy nie ma oferty "sub. E. W. 18". Cyfrę ową dodał do inicjałów, ponieważ przynosiła mu szczęście. Ofert jednak nie było. Panna, która przyjmowała interesantów w kantorze, wysoka, szczupła blondynka, z uszami zatkanemi watą, jakby dla usymbolizowania losu, który bywa głuchy na westchnienia biedaków, poszukujących pracy — po pewnym czasie przestała się nawet do niego odzywać. Gdy go tylko spostrzegła w progu, odrazu poczynała trząść przecząco głową, przyczem w oczach jej — jak się przynajmniej Winkiewiczowi zdawało — migał błysk złośliwego zadowolenia. Drażniło go to i w końcu przestał się ogłaszać.
Koledzy, u których mieszkał, doradzali mu to już oddawna Coprawda, utrzymując, że nie warto wydawać na ogłoszenia pieniędzy, bo zajęcie można dostać tylko przez protekcję. Jeden z nich zapoznał Winkiewicza z pewną wdową po byłym obywatelu ziemskim, która między innemi zajmowała się i stręczeniem posad. Wdowa jednak chciała zgóry pięćdziesięciu rubli na koszta i o ten szkopuł układy odrazu się rozbiły. Na pociechę Winkiewicz dowiedział się w parę dni później od kolegi, że wywarł na staruszce bardzo miłe wrażenie i że z wielką sympatją dopytywała się o niego.
Tymczasem tygodnie mijały niepostrzeżenie i sytuacja Winkiewicza stawała się coraz groźniejszą. Zdawał sobie doskonale z tego sprawę, ale był bezradny. — A to się zacięło — powtarzał z apatycznym uśmiechem i ogarniało go jakieś niewypowiedziane zdumienie nad złośliwością losu. Miał około stu rubli, które uskładał w ciągu trzech lat na poprzedniej posadzie i z tego żył. Początkowo sam fakt, że narusza swoję oszczędności, gorzką zgryzotą napełniał mu duszę, ale z czasem przestał i o tem myśleć i obliczał tylko, na jak długo może mu jeszcze pieniędzy wystarczyć. Wyliczenie było bardzo proste, ale i bardzo smutne, bo mimo, że Winikiewicz głodził się i wszystkiego sobie odmawiał, pieniądze rozchodziły mu się z nieprzewidywaną szybkością. Trwoga przed nędzą wpędziła go w melancholję. Nie mając co robić, całymi dniami włóczył się po ulicach i myślał — myslał aż do obłędu, gdzieby jaką protekcję wynaleźć.
Pewnego dnia, wstąpiwszy po południu do kawiarni na herbatę z ciastkarni, która coraz częściej zastępowała mu obiad, Winkiewicz zauważył, że jakiś elegancki młodzieniec, który siedział przy sąsiednim stoliku, bardzo bacznie mu się przygląda. Zasłonił się więc gazetą, ale czuł nerwowo, że sąsiad nie spolszcza z niego oczu. Zmieszało go to trochę, obejrzał się nieznacznie od stóp do głów, w końcu zniecierpliwiony zmierzył groźnem spojrzeniem natręta. W tej samej chwili tamten podniósł się z miejsca i zbliżył się ku niemu z uśmiechem.
— Pan Wmikiewicz?
— Tak.
— Nie poznajesz mię?... Maliński.
— Maliński! — krzyknął radośnie Winkiewicz, I w tej chwili dopiero przypomniał sobie zupełnie dokładnie dawnego kolegę z pierwszej klasy. Maliński, czerwony, pucołowaty, siedział na trzeciej ławce koło okna.
Przywitali się bardzo serdecznie i poczęli nawzajem o swoje losy wypytywać.
Maliński mieszkał na wsi i w Warszawie bawił tylko przejazdem. Winkiewicz zrazu odpowiadał mu wymijająco, ale później, ujęty serdeczną prostotą, zwierzył mu się ze wszystkich swoich zmartwień. Dawny kolega słuchał go z widocznem współczuciem i w końcu przyrzekł, że mu protekcję wynajdzie. Potem zaprosił go na kolację, z której Winkiewicz powrócił dopiero nad ranem, pełen wiary w przyszłość i ochoty do życia. Ale kiedy się parę godzin przespał i obudził ze strasznym bólem głowy, opadło go najczarniejsze zniechęcenie. Tak już był wogóle przeciwnościami losu zastraszony, że się bał liczyć na obietnicę kolegi.
Minęło parę dni, Maliński się nie pokazywał i po całem tem spotkaniu Winkiewiczowi został tylko ostry żal w sercu do dawnego kolegi za złudne przyrzeczenia. Pewien był, że Malińskiemu wszystkie obietnice wywietrzały już z głowy. Zawód po chwilowej nadziei był tem dotkliwszy i przygnębił Winkiewicza do reszty. Przestał już nawet wychodzić z domu, bo go denerwował widok przechodniów na ulicy, a zwłaszcza myśl, że. każdy z tych ludzi, którzy go mijali obojętnie, śpieszył do jakiegoś określonego celu, miał zajęcie i ustalony byt.
Całymi dniami przesiadywał więc w domu, odczytując dla zabicia nudy "Wzory listów we wszystkich okazjach życia". Była to jego ulubiona książka. Kiedy ją czytał, otwierały się przed nim dalekie marzeniowe perspektywy. Niektóre listy zwłaszcza, jak np. "Do hrabiny z podziękowaniem za zaproszenie na obiad", budziły w nim mgliste przeczucia jakiegoś żyda, promieniejącego szczęściem.
Tydzień upłynął od czasu, jak się spotkali z Malińskim. Winkiewicz przestał się już najzupełniej łudzić obietnicami kolegi, gdy nagle pewnego ranku Maliński zjawił się niespodziewanie u niego.